|
30 stycznia 2008 - środa
BARCELONA - MARRAKESZ
Budziki dzwonią nam już o 5:15!! Wypijamy ostatnią herbatkę
ze słonej hiszpańskiej kranówki i pieszo pędzimy na niedaleki
dworzec, z którego odjeżdżają pociągi RenFe na lotnisko.
O 6:42 mieliśmy pociąg, przybyliśmy trochę wcześniej, aby
nabyć bilety w spokoju. Podchodeśliśmy do okienka, bo nerwowo
kręcił się tam jakiś gość, zagadałam go, czy można kupić bilety,
a on pokazał, żeby spytać w kolejnej salce. No to my z tymi
pobołkami do tej salki. A w salce inny pan poinformował nas,
że bilety będzie można kupić za 10 minut u tego gościa, który
nas do salki odesłał. No to siedliśmy sobie na ławeczkach,
bo czasu jeszcze trochę było, i tak obserwujemy przygotowania
do pracy tego jegomościa w kasie. Na początku poukładał karteczki
samoprzylepne według kolorów, po czym zdjął marynarkę, ubrał
i zniknął za słupem. Po chwili pojawił się ze zszywaczem,
popukał, postukał nim i poszedł wymienić go na inny do kolejnego
okienka. Wrócił, siadł, wstał, siadł,
wstał, wziął stołek i zniknął za słupkiem. Za chwilę pojawił
się w nowym okienku, gdzie najnormalniej w świecie wymienił
sobie krzesło, na widocznie bardziej mu pasujące. Wrócił
z nowym krzesłem, siadł, wstał, zdjął marynarkę, ułożył na
oparciu i
wreszcie otworzył okienko. I tu miła niespodzianka!
Okazało się, że bilety na lotnisko są, z niewiadomych bliżej
przyczyn, których zresztą zbyt nie dociekaliśmy, za darmo!!
Na lotnisku wypiliśmy kaffke z widokiem na pas startowy, po
czym udaliśmy się do podanego na bilecie Gate 50. A na Gate
50 pisze jak byk Istambuł 13:25, a nie Marrakesz 10:05. Udałam
się, więc do informacji, a pani w informacji, z niespotykana
u Hiszpanów flegmą, poinformowała mnie, że spoko, że luz,
żeby czekać. Jak informacja tak mówi, no to faktycznie. Siedzimy,
czas płynie, tym niemniej po niejakiś czasie lekko się jednak
zaniepokoiłam i udałam się do informacji elektronicznej, na
której jak byk stało, że na samolot do Marrakeszu zmienili
Gate na 57, który do tego znajdował się w podziemiach. Wniosek
z tego taki: nigdy nie ufaj informacjom nieelektronicznym.
Po około dwu godzinach lotu, o11:30 czasu marokańskiego (-1h
w stosunku do hiszpańskiego i polskiego) wylądowaliśmy w Afryce!!
Wypełniliśmy deklaracje celne podając m.in. nasze profesje,
po czym pełni obaw wyszliśmy przed lotnisko. A tu NIC!! Po
przeczytaniu kilku relacji oraz przewodników liczyliśmy, że
wyskoczy na nas chmara Marokańczyków pragnących zaproponować
nam dojazd do centrum, a tu pusto, cicho, żadnego naganiacza
ni widu ni słychu. Nikt nas nie napastuje! Ruszyliśmy, więc
indywidualnie do widocznego nieopodal postoju taxi. Nooo i
tu wreszcie nas dostrzegł jeden (słownie: jeden) naganiacz,
rzucił się na nas z nadzieją i zażądał 150 dr za podwiezienie
do centrum Marrakeszu. Marcin zaproponował
60 dr - na co gość wybuchnął śmiechem! "Are you crazy?"
- pyta Marcina, a Marcin mu na to: "Yes, I am".
W końcu stanęło na 90 dr. Naganiacz doprowadził nas
do jednej z taksówek, władowaliśmy bagaże, cali szczęśliwi,
gdy nagle naganiacz się rozmyślił i kazał nam powyjmować plecaki
z bagażnika, i biegiem do innej taksy. Znów zapakowaliśmy
bety i znów się okazało, że to nie ta taksa. Zdaje się, że
gość chciał nas przekonać do tego, że płacimy taką małą cenę,
że żeby nas ktoś chciał przewieˇć trzeba dopłacić. Ale nam
zasadniczo było rybka, z kim i kiedy pojedziemy, tak że jeszcze
dwa razy przekładaliśmy plecaki, a oni w tym czasie wymachując
rękami głośno dyskutowali. W końcu udało się nam ruszyć. Do
centrum miasta jest 4 km, także tą cenę 90 dr (30 PLN) raczej
to jakiś wielce okazyjnych zaliczyć nie można (choć podobno
raczej trudno dużo więcej stargować).
Kazaliśmy się wysadzić przy "main square" jako,
że mapy nie mieliśmy i nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie się
udać. Jak się okazało wysadził nas bardzo dobrze, zaraz koło
placu Jemaa el Fna i do tego wziął tylko 80 dr, zamiast tych
90 dr :-)
Wysiedliśmy
z tej taksówki i znaleˇliśmy się w innym świecie. Ten moment
wywarł na mnie największe wrażenie podczas całej wycieczki.
Przybyliśmy ze świata uporządkowanego, z regułami, które znamy,
a tu wyszliśmy w pełen żywioł. My z
wielkimi plecakami, przepychaliśmy po chodnikach, których
praktycznie nie ma, zawalonych ludˇmi, osiołkami, wózkami,
krzesłami, straganami, do tego niesamowity huk klaksonów,
ponieważ tutaj klaksonu używa się równie często jak pedała
gazu. Między samochodami mkną motorynki, które też trąbią
i robią jeszcze więcej hałasu, do tego nieprzebrane ilości
cyklistów z przeraˇliwymi dzwonkami. Przejście takiej
ulicy (o pasach trzeba zapomnieć, zresztą i tak nikt nie zwraca
na nie uwagi) graniczy z cudem, bezskutecznie czekaliśmy na
jakąś dziurę w tym sznurze pojazdów. W końcu podczepiliśmy
się pod jakąś większą grupę tubylców i przebieglismy ulicę
poganiani przez jeszcze głośniejszą salwę klaksonów i dzwonków.
Póˇniej zrozumieliśmy, że wprawdzie na ulicach panuje nieopisany
chaos, ale nikt się nie denerwuje, nikomu nie puszczają nerwy,
a kierowcy i cykliści trąbią, żeby poinformować pieszych i
innych uczestników ruchu o swojej obecności w gąszczu pojazdów.
Można na przykład, co nie jest możliwe
w Polsce, bez problemów stać na środku 6-cio pasmowej ulicy
tocząc dyskusję o przemijaniu lub sensie życia i być omijanym
ze wszystkich stron przez samochody, których kierowcy wprawdzie
niemiłosiernie trąbią, ale żadnego podenerwowania, z powodu
bezcelowej obecności pieszego na drodze, nie widać.
No,
ale wracając do naszego pierwszego dnia na afrykańskiej ziemi.
Tak, więc udało się nam przejść szczęśliwie ulicę i znaleˇliśmy
się po tej stronie, gdzie dostrzegliśmy kilka szyldów z napisem
"Hotel". Chodziliśmy się od jednego do drugiego
i albo wszystkie miejsca były zajęte, albo ceny jakieś zbyt
wysokie. Z opowieści wiedzieliśmy, że pokój dwuosobowy powinien
kosztować gdzieś w granicach 100-120 dr, podczas gdy większość
z miejsc, które odwiedziliśmy oferowała noclegi za ponad 100
dr/osoba. W końcu, gdy już zaczęłam się zastanawiać, czy się
nie załamać, weszliśmy w malutką, bardzo wąską (taką na szerokość
osiołka), boczną uliczkę wychodzącą z placu Jemaa el Fna.
Okazało się, że trafiliśmy na "zagłębie hotelowe",
w co drugim wejściu jest hotel, ceny schodziły w dół w zależności
od głębokości wchodzenia w uliczkę. Ostatecznie zdecydowaliśmy
się pozostać w miejscu gdzie za pokój czteroosobowy zapłaciliśmy
160 dr.
Maroko
należy z 30 mln. mieszkańców do ludniejszych krajów afrykańskich.
Jego powierzchnia wynosi 446.600 km2 (ze sporną Saharą
Zachodnią prawie 711.000 km2). Graniczy z Algierią, Saharą
Zachodnią i hiszpańskimi enklawami w Afryce: Ceutą i Mellilą.
Należy do państw Maghrebu.
Stolicą kraju jest Rabat. Językiem oficjalnym jest arabski,
a w użyciu francuski, hiszpański i berberyjski.
Nazwa Maroko pochodzi od zniekształconej przez Hiszpanów nazwy
dawnej stolicy Marrakeszu. Przyrost naturalny wynosi ok. 1,4%,
średnia długość życia: 70 lat, zaś poziom analfabetyzmu ponad
56%.
Maroko leży w zachodniej części Atlasu. Maroko to kraj górzysty:
- przez środek kraju przebiega pasmo
Atlasu Wysokiego (Dżabal Tubkal, 4165 m)
- równolegle do niego ciągnie się Atlas
Średni (Dżabal Bu Nasr, 3340 m) na północy oraz
- Antyatlas (Imkut, 2531
m) na południe.
- wzdłuż Morza Śródziemnego wznoszą się
góry Ar-Rif (Dżabal Tidighin, 2456 m)
- na północ od Atlasu Średniego rozciąga się Meseta
Marokańska
- w południowej i południowo-wschodniej części
kamieniste i piaszczyste pustynie Sahary
- nad Oceanem Atlantyckim niewielkie
niziny
Maroko zamieszkują potomkowie
Berberów, pradawnych mieszkańców tych ziem i póˇniejszych
przybyszów - Arabów. Według szacunków przyjmuje się,
że Arabowie stanowią ponad 60%, a Berberowie ponad 30% ogółu
mieszkańców kraju. Ponadto w Maroku żyją, Francuzi i Hiszpanie.
Religią panującą jest islam
sunnicki.
Największym wewnętrznym problemem
kraju jest konflikt między ludnością arabską i berberyjską.
Prawie połowa mieszkańców kraju żyje w miastach. Do największych
miast należą historyczne stolice Maroka: Marrakesz,
Fez, Meknes, Casablanca, Tanger.
Maroko formalnie jest dziedziczna
monarchia konstytucyjna. Mieszkańcy wybierają parlament,
zaś premier powoływany jest przez króla. Od
1999 roku panuje król Muhammad VI.
Historia Maroka sięga
IV wieku p.n.e., kiedy istniało tam państwo mauretańskie (berberyjskie).
Przejęte przez Rzymian po upadku Kartaginy, pozostawały przez
wieki pod jej władaniem. Póˇniej na krótko ziemie te zostały
przejęte przez Bizancjum, by stać się ostatecznie domeną świata
arabskiego i islamu.
W XIX wieku Maroko było areną ścierających się wpływów potęg
kolonialnych takich jak Francja, Wielka Brytania, a także
przez krótki czas Niemcy. W
wyniku porozumienia w Fezie z 1912 roku Maroko stało się protektoratem
Francji, a w 1956 roku uzyskało niepodległość. Od szeregu
lat istnieje nierozstrzygnięty problem Sahary Zachodniej,
który musiał być zażegnany przez siły ONZ. W 1987 Maroko złożyło
wniosek jako kandydat Unii Europejskiej jednak odmówiono mu
szans na członkostwo, m. in. z powodu nierozwiązanego konfliktu
z Saharą Zachodnią Od tego czasu pozostaje krajem stowarzyszonym
z UE.
Informacje o Maroku zaczerpnęłam ze stron:
http://skarby-swiata.pl/maroko-wczasy-zabytki/
http://www.maroko.pl/
http://pl.wikipedia.org
Po znalezieniu lokum trochę nam ulżyło (fizycznie i duchowo)
i ruszyliśmy na poszukiwania dworca autobusowego. Z powodu
braku mapy mieliśmy trochę problemów z orientacją, ale zlokalizowaliśmy
minaret meczetu Kutubijja i ruszyliśmy na północ. Na dworcu
od razu dorwali nas naganiacze, którzy faktycznie są bardzo
uciążliwi. Trudno nawet odczytać rozkład
jazdy, bo od razu pojawia się obok człowieka 4 gości, każdy
z nich mówi jeden przez drugiego, zadaje mnóstwo pytań i ma
tysiące okazyjnych propozycji: gdzie jedziemy, ile osób, on
nam załatwi transport, pokaże miasto, zawiezie gdzie chcemy,
no dramat! W końcu powiedzieliśmy im gdzie chcemy jechać,
oni nam znaleˇli połączenia i chcieli pieniędzy na kupno biletów
(plus oczywiście prowizja dla nich), na co odpowiedzieliśmy,
że my sobie te bilety kupimy jutro i uciekliśmy chyłkiem.
Gonili nas jeszcze do bram Medyny, ale byliśmy twardzi.
Wracając na plac Jamaa el Fna zanurzyliśmy się w niesamowite
uliczki Medyny. Miejsce nieprzeciętne, wszędzie stoiska z
różnymi dobrami, sprzedawcy niezbyt natarczywi, choć raczej
ciężko jest czemuś się poprzyglądać bardziej dokładnie, bo
zaraz pojawia się jakiś człowiek, który próbuje coś wcisnąć.
Plątanina uliczek niewyobrażalna. O ile zwykle mamy dobrą
orientację, to tutaj zgubiliśmy się dość szybko, niezbyt się
zresztą tym przejmując.
Ostatecznie, jakoś trafiliśmy do "wyjścia" i udaliśmy
się na plac Jamaa el Fna. W międzyczasie zrobił się już zmrok
i główny plac Marrakeszu wypełnił się zaklinaczami węży, opowiadaczami
baśni, tancerzami, artystami, bębniarzami, kobietami robiącymi
nie permanentne tatuaże, różnej maści żebrakami oraz coraz
licznej napływającymi tubylcami oraz turystami pragnących
się zabawić.
Sercem
Marakeszu jest plac Dżemaa el-Fna, na którym koncentruje
się życie miasta. Jest to największa atrakcja turystyczna
miasta. Od 2001 roku wpisany
wraz całym zabytkowym centrum Marrakeszu na listę światowego
dzidzictwa UNESCO. Nie wiadomo dokładnie, jak powstał.
Pochodzenie nazwy nie jest znane, uważa się, że oznacza ona
"plac bez meczetu" lub "zgromadzenie umarłych",
które nawiązywać ma do targów niewolników i egzekucji, jakie
odbywały się tutaj aż do XIX wieku.
Na placu co wieczór odbywa się wielki targ ze straganami restauracyjnymi.
Wokół nich gromadzą się kuglarze, berberyjscy opowiadacze
legend i historii, bębniarze, muzycy gnawa, zaklinacze węży,
samozwańczy uzdrawiacze i dentyści. Występy trwają zwykle
do północy i cieszą olbrzymią popularnością wśród turystów.
Nad placem Dżemaa el-Fna, góruje
samotny minaret meczetu Kutubijja,
który jest największym meczetem Marrakeszu. Minaret był ukończony
w XII w. Nazwa pochodzi od arabskiego al-Kutubijjin (bibliotekarz),
odkąd sprzedawcy rękopisów zaczęli ustawiać koło niego swoje
stragany. Wieża ma wysokość
69 m i długość boczną 12,8 m. Wnętrze tworzy sześć
sal jedna nad drugą; dookoła nich jest poprowadzona rampa,
którą muezzin dochodzi na balkon. Meczet jest zbudowany w
tradycyjnym arabskim stylu - wieża jest ozdobiona czterema
kulami z miedzi, które, według legendy, były tylko trzy, pierwotnie
zrobione z czystego złota. Czwartą kulę podarowała żona kalifa
Mansura, która jako zadośćuczynienie za jej niepowodzenia
kazała przetopić swoją złotą biżuterię w czwartą kulę. Wieża
służyła jako wzór dla budowniczych Giraldy w Sewilli.
Opis meczetu zaczerpniety z www.wikipedia.pl
Generalnie turysta z aparatem (a ja aparat miałam i to dość
pokaˇnych rozmiarów)
stanowi dla ludzi prezentujących swoje artystyczne umiejętności
jedyną możliwość zarobku. Toteż w zasadzie nie ma możliwości
zrobienia na placu zdjęcia, już w momencie wymierzania obiektywem
w cel, pojawia się koło fotoamatora dwu lub trzech gości,
którzy żądają pieniędzy za zrobienie im zdjęć. Mi dzięki posiadaniu
dość długiego obiektywu udało się machnąć kilka fotek zaklinaczom
węży i tancerzom. Niestety w pewnym momencie nie zachowałam
czujności i gdy robiłam zdjęcie jednemu z zaklinaczy zostałam
zauważona, natychmiast koło mnie pojawił
się gość z wężem, który włożył go Marcinowi na szyję, kazał
mu zrobić zdjęcie i zażyczył sobie za tą przyjemność 100 dr.
Dostał 10 dr. Za chwilę, jak się rozniosło, że Marcin
to turysta "przy kasie", zjawił się gość z małpką
i z uporem wciskał ją Marcinowi w ręce, chcąc, a wrecz żądając,
żeby mu zrobić zdjęcie. Marcin odskoczył jak oparzony, a ja
schowałam głęboko aparat do plecaka. Teraz na zaczepki mogliśmy
odpowiadać, że nie mamy aparatu.
Spacerowaliśmy już spokojniej po placu wczuwając się w atmosferę
Maghrebu. Co jakiś czas wypijaliśmy, z jednego z licznych
stoisk, sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy
za 3 dr oraz urządzaliśmy polowania (szczególnie ja)
na kobiety sprzedające przepyszne kokosowe ciasteczka po 1
dr za sztukę.
Póˇniej udaliśmy się do kawiarenki internetowej. I w tym miejscu
chciałam sprostować informacje, które znaleˇliśmy gdzieś w
sieci, że jakoby Internet w Maroku hulał jak dziki. Generalnie
jest tani: 8 dr / godzinę (czyli równowartość ośmiu kokosowych
ciasteczek), ale połowa polskich stron nie wchodzi. Przez
cały pobyt w Maroku, tylko raz udało mi się zalogować na moją
skrzynkę, do tego jak już coś działało, to otwierało się nieskończenie
długo (taka na przykład nasza-klasa :-) potrafiła się otwierać
kilka minut) - a newsy przecież sprawdzić trzeba.
Ok. 21 byliśmy już gotowi do snu. Ja jeszcze prewencyjnie
zapodałam sobie przed snem herbatę rumiankową, albowiem wszyscy
dookoła tak straszyli odmienną florą bakteryjną, że człowiek
czuł się chory już od samego gdybania, co mu się może stać,
gdy wypije chociaż łyczek wody z tutejszego kranu.
Generalnie w czasie tej wycieczki bardzo wcześnie chodziliśmy
spać, głównie z uwagi na wcześnie zapadający zmrok (ok. 18)
oraz niską temperaturę panującą w pokojach
hotelowych (przynajmniej w tych klasy 40 dr/noc). W
Maroku, jako że leży ono w Afryce, ogrzewania raczej się nie
stosuje, z drugiej strony noce w zimie są dość chłodne. Co
jeszcze dość interesujące, to to, że okna we wszystkich domach
są zakratowane, a w cieplejszych rejonach, np. w Marrakeszu
nie ma w nich szyb (ciężkie musi tu być więc życie szklarza
),
za to wszędzie są okiennice, co w sumie jakoś szczególnie
mnie nie zdziwiło.
31 stycznia 2008 - czwartek
MARRAKESZ - TINEHIR
Rankiem wstaliśmy i pobiegliśmy znaną nam już trasą na dworzec
autobusowy. Plac przed dworcem służy jako pewnego rodzaju
giełda pracy. Przy swoich narzędziach
pracy kucają grupki mężczyzn (murarz przy kielni, malarz przy
wiadrze i pędzlach, ktoś inny przy taczkach lub małym wózku)
czekając na jakieś zatrudnienie.
Oczywiście na dworcu nie udało się nam nawet dojść do kasy,
bo dorwali nas naganiacze. Jako, że
byliśmy na styk, a rozkład jazdy napisany był po arabsku,
kupiliśmy na gwałt od jednego z nich bilety do Tinehiru za
110 dr/osoba (podobno normalna cena jest 100 dr, także za
bardzo nas nie orżnął). Naganiacz przekazał nas innemu, który
zaprowadził nas do autobusu, wsadził nasze plecaki do bagażnika,
wszedł do środka, przegnał tubylców robiąc nam miejsce i zażyczył
sobie za tą usługę po 10 dr/osoba. Z tego, co wiedzieliśmy,
to za wrzucenie plecaków do bagażnika standardowo płaci się
po 5 dr, ale machnęliśmy ręką, bo w 5 minut, to byśmy tego
autobusu w życiu nie znależli, nie mówiąc o tym, że pewnie
siedzielibyśmy rozrzuceni po całym autobusie.
O 10 wyruszyliśmy przez Quarzazate
(200km) to Tinehiru.
Przez cały pobyt w Maroku jedziemy publiczną komunikacją,
mimo że wszyscy internauci polecali droższe o 30% autobusy
prywatnej firmy CTM. Może ma to rację bytu w lecie, zimą brak
klimatyzacji w autobusie nam nie przeszkadzał, a i jak sądzę
autobusy nie były tak zapchane jak w wakacje, gdy całe rzesze
turystów skuszonych ofertą tanich linii lotniczych walą drzwiami
i oknami do Maroka. Abstrahuję od tego, że życie przeciętnego
Berbera bardziej pozna się w środkach transportu, z których
i oni korzystają.
Po
dwóch godzinach jazdy, zatrzymaliśmy się na przerwę obiadową.
Wjechaliśmy już w przepiękne górki, gdzie co jakiś czas pojawiała
się jakaś gliniana osada. Czas na przerwę
był najwyższy, bo z uwagi na poranny pośpiech, Jacek nie zdążył
załatwić potrzeby fizjologicznej, a do tego mieliśmy tylko
1 butelkę wody, a na tym byśmy w Afryce daleko nie dojechali,
bo my nie wielbłądy.
Przerwa trwała 1 godzinę i była, jak sądzę, głównym ˇródłem
dochodu mieszkańców osady, w której się zatrzymaliśmy. W
każdych drzwiach mobilny sklepik oferujący wodę mineralną,
chipsy oraz półtusze wieprzowe wygrzewające się w południowym
słońcu.
W Quarzazate wysiadła trójka Francuzów, która jechała
z nami autobusem. Po chwili, gdy już odjeżdżaliśmy patrzymy,
a oni biegiem, w otoczeniu 4 naganiaczy, zmierzają w stronę
naszego autobusu. Jeden z naganiaczy otwarł bagażnik, wrzucił
ich plecaki i żąda kasy, asekurowany przez resztę, a autobus
zaczyna ruszać, oni w panice, nie wiedzą, czy płacić naganiaczom,
czy gonić autobus (w zasadzie mogli się podzielić, ale jakoś
tacy mało skoordynowani byli). No ułatwili sobie żabojady
życie! Tak, tak, podróżowanie po Maroku nie dla każdego jest
proste.
W Quarzazate zagadał Marcina pewnie Berber, gaworzyli ciągiem
aż do Boulmen Dades. Ja miałam poważne wątpliwości, czy aby
Marokańczyk nie zażyczy sobie kasy za dwugodzinne zabawianie
turysty, ale tym razem miło się zaskoczyłam.
O 18 dojechaliśmy do Tinehir, tutaj jak to w Maroku, autobus
przywitała chmara mężczyzn zaczepiających nas bez przerwy.
Jeden z nich, gdy Jacek zmagał się z wyciąganiem plecaków
z bagażnika, z poświęceniem asekurował jego głowę, żeby się
nie uderzył, wyglądało jakby chciał za to po 5 dr od plecaka,
ale uciekliśmy.
Zaczęliśmy spacerować po miasteczku w poszukiwaniu noclegu.
O ile jak człowiek idzie bez plecaka, to jeszcze jako tako
da się przemykać będąc niezauważonym, o tyle jak biały o zmroku
idzie z dużym plecakiem, to na każde
100 metrów, które przejdzie zaczepi go 10 gości, którzy chcą
mu pokazać jakiś rewelacyjny hotel, restaurację ewentualnie
zawieˇć w dowolne wskazane miejsce. Goście nawijają
we wszystkich językach świata (z polskich
słów znają przeważnie: "dobre", "spoko"
i "zajebiście") i mają nieprawdopodobną zdolność
do rozpoznawania narodowości turysty, w zasadzie w 8 przypadkach
na 10 zgadywali, że jesteśmy Polakami.
W każdym razie jakoś udało się nam nie skorzystać z pomocy
żadnego z naganiaczy i bez problemów znaleˇliśmy hotel w cenie
100 dr za 4 osoby. Niestety trochę się tutaj nacięliśmy, okazało
się, że reklamowany prysznic ma ciepłą
wodę tylko około 5 sekund po jej odkręceniu. Junkers podpięty
do butli gazowej wyglądał jakby lada chwila miał wybuchnąć,
a sufit w naszym apartamencie trochę się łuszczył, także,
co jakiś czas odnajdywaliśmy w naszych kubkach fragmenty marokańskiej
farby. Do tego w pokoju było bardzo zimno.
Po rozlokowaniu się udaliśmy się na miasto celem zjedzenia
jakiegoś posiłku, trafiliśmy na reklamowaną w jednym z opisów
znalezionych w necie: Central Cafe. Zostaliśmy zaproszeni
na taras i w zupełnie europejski sposób
(np. podano serwetki, a nie kawałki gazet) zaserwowano
nam taginy oraz omlety. Jedyną odbiegająca
od standardów europejskich rzeczą, była znajdująca się na
tarasie toaleta za niezbyt szczelnie zamykającymi się drzwiami.
Uroku dodawało także to, że kran z wodą to spłukiwania znajdował
się na naszym tarasie, także goście sobie wędrowali z wiaderkami,
podczas gdy my spożywaliśmy faktycznie najlepszy i największy
w całym Maroku posiłek.
Słów kilka o toaletach
w Maroku. Są to przeważnie
obiekty w stylu "na narciarza" (choć dość
często zdarzały się też europejskie) i co najbardziej ciekawe
nie mają one spłuczki, tylko gdzieś, przeważnie w zasięgu
ręki, znajduje się kranik i wiaderko, do którego nalewa się
wody do spłukiwania. Wielką tajemnicą dla mnie pozostaje,
dlaczego nie montują oni tych kraników zaraz nad toaletą,
przez co wiaderko byłoby zbędne, ale zapewne ma to jakiś ukryty
cel.
Gdy pojedzeni, a nawet przejedzeni, wychodziliśmy z restauracji,
właściciel restauracji zaproponował nam darmową herbatką miętową.
Herbatka była faktycznie darmowa (z
powodu "hospitality"), co nieczęsto się w Maroku
zdarza. Gość nie zachęcał nas po jej wypiciu ani do zamówienia
czegoś jeszcze, ani do wyprawy na wielbłądach, ani nawet do
kupna jakiegoś małego kilimka. Na koniec dał nam księgę
pamiątkową, w której jak setki innych turystów, zostawiliśmy
pamiątkowy wpis. Taka księga to dopiero ewenement na skalę
afrykańską! Gdy popijając herbatkę szukaliśmy jakiś polskich
wpisów dosiadł się do nas Berber i zaczął wyrzucać z siebie
wyuczone polskie wyrażenia, nazwy miast, itp. Jako, że był
to pierwszy człowiek, który zagadywał nas "po polsku"
wzbudził w nas pewne zainteresowanie, póˇniej już nauczyliśmy
się, że obcych zwrotów uczą się przeważnie naganiacze i jak
tylko słyszeliśmy z daleka "dobrze", to czym prędzej
braliśmy nogi za pas. Jednak, gdy Berber wyjął kartę i powiedział,
że opowie nam (bardzo łamaną angielszczyzną) o zwierzątkach
na pustyni, czym prędzej zwinęliśmy żagle i wróciliśmy do
naszego apartamentu z odpadającym sufitem.
1 lutego 2008 - piątek
WˇWÓZ TODRA
Wstajemy
rankiem z zamiarem dojechania taksówką do wąwozu Todra i powrotem
na nocleg do Tinehiru.
Zgodnie z założeniami udaliśmy się na postój taxi. Gdy tylko
zostaliśmy wypatrzeni na horyzoncie jak spod ziemi pojawił
się człowiek, który zaproponował nam taxi do Todry za 50 dr/osoba
(buaahahaha, my wiedzieliśmy, że cena jest ok. 6 dr od osoby).
To Marcin mu na to 30 dr za wszystkich,
no to gość, że zwariował, no to Marcin, że może i zwariował,
ale za więcej nie pojedzie. W końcu gość odpuścił i
wskazał nam po prostu postój taxi. Jak się okazało tak właśnie
funkcjonują naganiacze. Łapie taki jelenia i wmawia mu różne
rzeczy i jak jeleń się nie orientuje, to daje się nabrać.
Jak się okazało normalna cena za dojazd do Todry to 7 dr/osoba,
ale jako że nie chciało się nam czekać na zapełnienie taksówki,
zapłaciliśmy 42 dr za cały pojazd i już po 1 h byliśmy w wąwozie.
Tutaj zostaliśmy powitani okrzykiem: "zajebiście!".
Okazało się, że to kolejny Berber chce nas na coś namówić.
Tym razem miała to być wycieczka w góry, gdzie oczywiście
sami byśmy się na pewno pogubili. Naturalnie gościa olaliśmy,
co skwitował stwierdzeniem, że jeszcze
w życiu nie dostał nawet dirhama od Polaka :-).
Weszliśmy w najwęższy odcinek wąwozu, gdzie prawie
nigdy nie dochodzi słońce. Trochę
zlekceważyliśmy ostrzeżenia z przewodnika, żeby się porządnie
ubrać. Zimno było niesamowicie i przeraˇliwie wiało, ale wąwóz
niesamowity, najbardziej spektakularne kilkuset metrowe ściany
ciągną się na długości ok. 1 km.
Zrobiliśmy sobie malutki spacerek w górę wąwozu drogą asfaltową,
którą można podobno przejechać do wąwozu Dades. Po czym zawróciliśmy
i udaliśmy się dobrze widoczną ścieżką
w góry nad wąwozem. Szło się super, pogoda optymalna,
słoneczko praży, wiaterek chłodzi, no cud miód. Co jakiś czas
mijaliśmy schodzące z góry nomadzkie
kobiety przeważnie w towarzystwie konia i osiołka,
czasem w większej grupiez dziećmi. Początkowo dawaliśmy się
złapać na zrobienie im zdjęcia, za które życzyły sobie kasę,
potem tylko rozdawaliśmy gumy, które się szybko skończyły.
Ja mam lekko ambiwalentne odczucia, gdy robię zdjęcia ludziom,
którzy tego nie chcą, a pozują tylko dla kasy, tak więc po
pewnym czasie zrezygnowałam z fotografowania.
Po jakiejś 1,5 h dotarliśmy na przełączkę, gdzie Jacek stwierdził,
że trzeba by się zdrzemnąć i za chwilę
wszyscy poza mną pochrapywali z Atlasem w tle. Ja zaś
podziwiałam widoczki i w pewnym momencie zauważyłam pojawiające
się
chmury, coraz ciemniejsze, dalej już padało. Nieˇle nas to
zdziwiło, bo deszczów w Afryce nie przewidywaliśmy. Tym niemniej
nie zważając na pogodę ruszyliśmy jeszcze na jakąś sąsiednią
górkę, gdzie faktycznie już lekko pokropywało.
Ok. 17 byliśmy już na dole, przy początku wąwozu i zaczęliśmy
schodzić w stronę Tinehiru, wzbudzając trochę sensacji wśród
ludności tubylczej, tym bardziej, że trochę zaczęło się ściemniać.
Lecz nie dane było się nam porządnie zestresować, bo zatrzymała
się nam pierwsza taksówka, na którą machnęliśmy. Siedziało
w niej dwóch gości + kierowca, więc na pierwszy rzut oka wyglądało,
że w 4 tam nie wejdziemy, a tu jak najbardziej.
W Maroku bardzo popularne są tzn.
grand taxi, są to
przeważnie mercedesy, w których komplet
jest wtedy, gdy siedzi w nich kierowca + 6 pasażerów.
Z przodu dwóch (trochę im się krzywią przy tym kręgosłupy)
i czterech z tyłu. Cena za przejazd taką taksówką nie jest
wygórowana, można oczywiście jechać w mniejszą ilość osób,
ale zapłacić trzeba za wszystkie 6.
Po
przybyciu do Tinehiru udaliśmy się do jednego z licznych sklepów
po jakieś puszeczki. Sklepik lux, pełna
samoobsługa, która polegała na tym, że wpuszczono nas za kontuar,
a Jacek wspiął się na drabinę (i to nie taką malarską,
ale taką fest, drewnianą) i wygrzebał z którejś z wyższych
półek jakieś rybki.
Wieczorkiem Jacek i Marcin zapodali sobie kolejnego tażina,
a myśmy z Kasią ograniczyły się do lepiej przyswajalnych przez
nasze żołądki potraw. Nocleg spędziliśmy ponownie w pokoju
z odpadającym sufitem (jak się dobrze kubek z kawą podstawiło,
to zabielacz był gratis).
|