......... wąwóz Todra [Maroko 2008] ...



30 stycznia 2008 - środa

BARCELONA - MARRAKESZ
Budziki dzwonią nam już o 5:15!! Wypijamy ostatnią herbatkę ze słonej hiszpańskiej kranówki i pieszo pędzimy na niedaleki dworzec, z którego odjeżdżają pociągi RenFe na lotnisko.
O 6:42 mieliśmy pociąg, przybyliśmy trochę wcześniej, aby nabyć bilety w spokoju. Podchodeśliśmy do okienka, bo nerwowo kręcił się tam jakiś gość, zagadałam go, czy można kupić bilety, a on pokazał, żeby spytać w kolejnej salce. No to my z tymi pobołkami do tej salki. A w salce inny pan poinformował nas, że bilety będzie można kupić za 10 minut u tego gościa, który nas do salki odesłał. No to siedliśmy sobie na ławeczkach, bo czasu jeszcze trochę było, i tak obserwujemy przygotowania do pracy tego jegomościa w kasie. Na początku poukładał karteczki samoprzylepne według kolorów, po czym zdjął marynarkę, ubrał i zniknął za słupem. Po chwili pojawił się ze zszywaczem, popukał, postukał nim i poszedł wymienić go na inny do kolejnego okienka. Wrócił, siadł, wstał, siadł, wstał, wziął stołek i zniknął za słupkiem. Za chwilę pojawił się w nowym okienku, gdzie najnormalniej w świecie wymienił sobie krzesło, na widocznie bardziej mu pasujące. Wrócił z nowym krzesłem, siadł, wstał, zdjął marynarkę, ułożył na oparciu i… wreszcie otworzył okienko. I tu miła niespodzianka! Okazało się, że bilety na lotnisko są, z niewiadomych bliżej przyczyn, których zresztą zbyt nie dociekaliśmy, za darmo!!

Na lotnisku wypiliśmy kaffke z widokiem na pas startowy, po czym udaliśmy się do podanego na bilecie Gate 50. A na Gate 50 pisze jak byk Istambuł 13:25, a nie Marrakesz 10:05. Udałam się, więc do informacji, a pani w informacji, z niespotykana u Hiszpanów flegmą, poinformowała mnie, że spoko, że luz, żeby czekać. Jak informacja tak mówi, no to faktycznie. Siedzimy, czas płynie, tym niemniej po niejakiś czasie lekko się jednak zaniepokoiłam i udałam się do informacji elektronicznej, na której jak byk stało, że na samolot do Marrakeszu zmienili Gate na 57, który do tego znajdował się w podziemiach. Wniosek z tego taki: nigdy nie ufaj informacjom nieelektronicznym.

Po około dwu godzinach lotu, o11:30 czasu marokańskiego (-1h w stosunku do hiszpańskiego i polskiego) wylądowaliśmy w Afryce!! Wypełniliśmy deklaracje celne podając m.in. nasze profesje, po czym pełni obaw wyszliśmy przed lotnisko. A tu NIC!! Po przeczytaniu kilku relacji oraz przewodników liczyliśmy, że wyskoczy na nas chmara Marokańczyków pragnących zaproponować nam dojazd do centrum, a tu pusto, cicho, żadnego naganiacza ni widu ni słychu. Nikt nas nie napastuje! Ruszyliśmy, więc indywidualnie do widocznego nieopodal postoju taxi. Nooo i tu wreszcie nas dostrzegł jeden (słownie: jeden) naganiacz, rzucił się na nas z nadzieją i zażądał 150 dr za podwiezienie do centrum Marrakeszu. Marcin zaproponował 60 dr - na co gość wybuchnął śmiechem! "Are you crazy?" - pyta Marcina, a Marcin mu na to: "Yes, I am". W końcu stanęło na 90 dr. Naganiacz doprowadził nas do jednej z taksówek, władowaliśmy bagaże, cali szczęśliwi, gdy nagle naganiacz się rozmyślił i kazał nam powyjmować plecaki z bagażnika, i biegiem do innej taksy. Znów zapakowaliśmy bety i znów się okazało, że to nie ta taksa. Zdaje się, że gość chciał nas przekonać do tego, że płacimy taką małą cenę, że żeby nas ktoś chciał przewieˇć trzeba dopłacić. Ale nam zasadniczo było rybka, z kim i kiedy pojedziemy, tak że jeszcze dwa razy przekładaliśmy plecaki, a oni w tym czasie wymachując rękami głośno dyskutowali. W końcu udało się nam ruszyć. Do centrum miasta jest 4 km, także tą cenę 90 dr (30 PLN) raczej to jakiś wielce okazyjnych zaliczyć nie można (choć podobno raczej trudno dużo więcej stargować).
Kazaliśmy się wysadzić przy "main square" jako, że mapy nie mieliśmy i nie bardzo wiedzieliśmy, gdzie się udać. Jak się okazało wysadził nas bardzo dobrze, zaraz koło placu Jemaa el Fna i do tego wziął tylko 80 dr, zamiast tych 90 dr :-)

Wysiedliśmy z tej taksówki i znaleˇliśmy się w innym świecie. Ten moment wywarł na mnie największe wrażenie podczas całej wycieczki.
Przybyliśmy ze świata uporządkowanego, z regułami, które znamy, a tu wyszliśmy w pełen żywioł. My z wielkimi plecakami, przepychaliśmy po chodnikach, których praktycznie nie ma, zawalonych ludˇmi, osiołkami, wózkami, krzesłami, straganami, do tego niesamowity huk klaksonów, ponieważ tutaj klaksonu używa się równie często jak pedała gazu. Między samochodami mkną motorynki, które też trąbią i robią jeszcze więcej hałasu, do tego nieprzebrane ilości cyklistów z przeraˇliwymi dzwonkami. Przejście takiej ulicy (o pasach trzeba zapomnieć, zresztą i tak nikt nie zwraca na nie uwagi) graniczy z cudem, bezskutecznie czekaliśmy na jakąś dziurę w tym sznurze pojazdów. W końcu podczepiliśmy się pod jakąś większą grupę tubylców i przebieglismy ulicę poganiani przez jeszcze głośniejszą salwę klaksonów i dzwonków. Póˇniej zrozumieliśmy, że wprawdzie na ulicach panuje nieopisany chaos, ale nikt się nie denerwuje, nikomu nie puszczają nerwy, a kierowcy i cykliści trąbią, żeby poinformować pieszych i innych uczestników ruchu o swojej obecności w gąszczu pojazdów. Można na przykład, co nie jest możliwe w Polsce, bez problemów stać na środku 6-cio pasmowej ulicy tocząc dyskusję o przemijaniu lub sensie życia i być omijanym ze wszystkich stron przez samochody, których kierowcy wprawdzie niemiłosiernie trąbią, ale żadnego podenerwowania, z powodu bezcelowej obecności pieszego na drodze, nie widać.
No, ale wracając do naszego pierwszego dnia na afrykańskiej ziemi. Tak, więc udało się nam przejść szczęśliwie ulicę i znaleˇliśmy się po tej stronie, gdzie dostrzegliśmy kilka szyldów z napisem "Hotel". Chodziliśmy się od jednego do drugiego i albo wszystkie miejsca były zajęte, albo ceny jakieś zbyt wysokie. Z opowieści wiedzieliśmy, że pokój dwuosobowy powinien kosztować gdzieś w granicach 100-120 dr, podczas gdy większość z miejsc, które odwiedziliśmy oferowała noclegi za ponad 100 dr/osoba. W końcu, gdy już zaczęłam się zastanawiać, czy się nie załamać, weszliśmy w malutką, bardzo wąską (taką na szerokość osiołka), boczną uliczkę wychodzącą z placu Jemaa el Fna. Okazało się, że trafiliśmy na "zagłębie hotelowe", w co drugim wejściu jest hotel, ceny schodziły w dół w zależności od głębokości wchodzenia w uliczkę. Ostatecznie zdecydowaliśmy się pozostać w miejscu gdzie za pokój czteroosobowy zapłaciliśmy 160 dr.

Maroko należy z 30 mln. mieszkańców do ludniejszych krajów afrykańskich. Jego powierzchnia wynosi 446.600 km2 (ze sporną Saharą Zachodnią prawie 711.000 km2). Graniczy z Algierią, Saharą Zachodnią i hiszpańskimi enklawami w Afryce: Ceutą i Mellilą. Należy do państw Maghrebu. Stolicą kraju jest Rabat. Językiem oficjalnym jest arabski, a w użyciu francuski, hiszpański i berberyjski.
Nazwa Maroko pochodzi od zniekształconej przez Hiszpanów nazwy dawnej stolicy Marrakeszu. Przyrost naturalny wynosi ok. 1,4%, średnia długość życia: 70 lat, zaś poziom analfabetyzmu ponad 56%.

Maroko leży w zachodniej części Atlasu. Maroko to kraj górzysty:
- przez środek kraju przebiega pasmo Atlasu Wysokiego (Dżabal Tubkal, 4165 m)
- równolegle do niego ciągnie się Atlas Średni (Dżabal Bu Nasr, 3340 m) na północy oraz
- Antyatlas (Imkut, 2531 m) na południe.
- wzdłuż Morza Śródziemnego wznoszą się góry Ar-Rif (Dżabal Tidighin, 2456 m)
- na północ od Atlasu Średniego rozciąga się Meseta Marokańska
- w południowej i południowo-wschodniej części kamieniste i piaszczyste pustynie Sahary
- nad Oceanem Atlantyckim niewielkie niziny

Maroko zamieszkują potomkowie Berberów, pradawnych mieszkańców tych ziem i póˇniejszych przybyszów - Arabów. Według szacunków przyjmuje się, że Arabowie stanowią ponad 60%, a Berberowie ponad 30% ogółu mieszkańców kraju. Ponadto w Maroku żyją, Francuzi i Hiszpanie. Religią panującą jest islam sunnicki.
Największym wewnętrznym problemem kraju jest konflikt między ludnością arabską i berberyjską.
Prawie połowa mieszkańców kraju żyje w miastach. Do największych miast należą historyczne stolice Maroka: Marrakesz, Fez, Meknes, Casablanca, Tanger.
Maroko formalnie jest dziedziczna monarchia konstytucyjna. Mieszkańcy wybierają parlament, zaś premier powoływany jest przez króla. Od 1999 roku panuje król Muhammad VI.

Historia Maroka sięga IV wieku p.n.e., kiedy istniało tam państwo mauretańskie (berberyjskie). Przejęte przez Rzymian po upadku Kartaginy, pozostawały przez wieki pod jej władaniem. Póˇniej na krótko ziemie te zostały przejęte przez Bizancjum, by stać się ostatecznie domeną świata arabskiego i islamu.
W XIX wieku Maroko było areną ścierających się wpływów potęg kolonialnych takich jak Francja, Wielka Brytania, a także przez krótki czas Niemcy. W wyniku porozumienia w Fezie z 1912 roku Maroko stało się protektoratem Francji, a w 1956 roku uzyskało niepodległość. Od szeregu lat istnieje nierozstrzygnięty problem Sahary Zachodniej, który musiał być zażegnany przez siły ONZ. W 1987 Maroko złożyło wniosek jako kandydat Unii Europejskiej jednak odmówiono mu szans na członkostwo, m. in. z powodu nierozwiązanego konfliktu z Saharą Zachodnią Od tego czasu pozostaje krajem stowarzyszonym z UE.
Informacje o Maroku zaczerpnęłam ze stron:
http://skarby-swiata.pl/maroko-wczasy-zabytki/
http://www.maroko.pl/
http://pl.wikipedia.org

Po znalezieniu lokum trochę nam ulżyło (fizycznie i duchowo) i ruszyliśmy na poszukiwania dworca autobusowego. Z powodu braku mapy mieliśmy trochę problemów z orientacją, ale zlokalizowaliśmy minaret meczetu Kutubijja i ruszyliśmy na północ. Na dworcu od razu dorwali nas naganiacze, którzy faktycznie są bardzo uciążliwi. Trudno nawet odczytać rozkład jazdy, bo od razu pojawia się obok człowieka 4 gości, każdy z nich mówi jeden przez drugiego, zadaje mnóstwo pytań i ma tysiące okazyjnych propozycji: gdzie jedziemy, ile osób, on nam załatwi transport, pokaże miasto, zawiezie gdzie chcemy, no dramat! W końcu powiedzieliśmy im gdzie chcemy jechać, oni nam znaleˇli połączenia i chcieli pieniędzy na kupno biletów (plus oczywiście prowizja dla nich), na co odpowiedzieliśmy, że my sobie te bilety kupimy jutro i uciekliśmy chyłkiem. Gonili nas jeszcze do bram Medyny, ale byliśmy twardzi.
Wracając na plac Jamaa el Fna zanurzyliśmy się w niesamowite uliczki Medyny. Miejsce nieprzeciętne, wszędzie stoiska z różnymi dobrami, sprzedawcy niezbyt natarczywi, choć raczej ciężko jest czemuś się poprzyglądać bardziej dokładnie, bo zaraz pojawia się jakiś człowiek, który próbuje coś wcisnąć. Plątanina uliczek niewyobrażalna. O ile zwykle mamy dobrą orientację, to tutaj zgubiliśmy się dość szybko, niezbyt się zresztą tym przejmując.
Ostatecznie, jakoś trafiliśmy do "wyjścia" i udaliśmy się na plac Jamaa el Fna. W międzyczasie zrobił się już zmrok i główny plac Marrakeszu wypełnił się zaklinaczami węży, opowiadaczami baśni, tancerzami, artystami, bębniarzami, kobietami robiącymi nie permanentne tatuaże, różnej maści żebrakami oraz coraz licznej napływającymi tubylcami oraz turystami pragnących się zabawić.

Sercem Marakeszu jest plac Dżemaa el-Fna, na którym koncentruje się życie miasta. Jest to największa atrakcja turystyczna miasta. Od 2001 roku wpisany wraz całym zabytkowym centrum Marrakeszu na listę światowego dzidzictwa UNESCO. Nie wiadomo dokładnie, jak powstał. Pochodzenie nazwy nie jest znane, uważa się, że oznacza ona "plac bez meczetu" lub "zgromadzenie umarłych", które nawiązywać ma do targów niewolników i egzekucji, jakie odbywały się tutaj aż do XIX wieku.
Na placu co wieczór odbywa się wielki targ ze straganami restauracyjnymi. Wokół nich gromadzą się kuglarze, berberyjscy opowiadacze legend i historii, bębniarze, muzycy gnawa, zaklinacze węży, samozwańczy uzdrawiacze i dentyści. Występy trwają zwykle do północy i cieszą olbrzymią popularnością wśród turystów.

Nad placem Dżemaa el-Fna, góruje samotny minaret meczetu Kutubijja, który jest największym meczetem Marrakeszu. Minaret był ukończony w XII w. Nazwa pochodzi od arabskiego al-Kutubijjin (bibliotekarz), odkąd sprzedawcy rękopisów zaczęli ustawiać koło niego swoje stragany. Wieża ma wysokość 69 m i długość boczną 12,8 m. Wnętrze tworzy sześć sal jedna nad drugą; dookoła nich jest poprowadzona rampa, którą muezzin dochodzi na balkon. Meczet jest zbudowany w tradycyjnym arabskim stylu - wieża jest ozdobiona czterema kulami z miedzi, które, według legendy, były tylko trzy, pierwotnie zrobione z czystego złota. Czwartą kulę podarowała żona kalifa Mansura, która jako zadośćuczynienie za jej niepowodzenia kazała przetopić swoją złotą biżuterię w czwartą kulę. Wieża służyła jako wzór dla budowniczych Giraldy w Sewilli.
Opis meczetu zaczerpniety z www.wikipedia.pl

Generalnie turysta z aparatem (a ja aparat miałam i to dość pokaˇnych rozmiarów) stanowi dla ludzi prezentujących swoje artystyczne umiejętności jedyną możliwość zarobku. Toteż w zasadzie nie ma możliwości zrobienia na placu zdjęcia, już w momencie wymierzania obiektywem w cel, pojawia się koło fotoamatora dwu lub trzech gości, którzy żądają pieniędzy za zrobienie im zdjęć. Mi dzięki posiadaniu dość długiego obiektywu udało się machnąć kilka fotek zaklinaczom węży i tancerzom. Niestety w pewnym momencie nie zachowałam czujności i gdy robiłam zdjęcie jednemu z zaklinaczy zostałam zauważona, natychmiast koło mnie pojawił się gość z wężem, który włożył go Marcinowi na szyję, kazał mu zrobić zdjęcie i zażyczył sobie za tą przyjemność 100 dr. Dostał 10 dr. Za chwilę, jak się rozniosło, że Marcin to turysta "przy kasie", zjawił się gość z małpką i z uporem wciskał ją Marcinowi w ręce, chcąc, a wrecz żądając, żeby mu zrobić zdjęcie. Marcin odskoczył jak oparzony, a ja schowałam głęboko aparat do plecaka. Teraz na zaczepki mogliśmy odpowiadać, że nie mamy aparatu.
Spacerowaliśmy już spokojniej po placu wczuwając się w atmosferę Maghrebu. Co jakiś czas wypijaliśmy, z jednego z licznych stoisk, sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy za 3 dr oraz urządzaliśmy polowania (szczególnie ja) na kobiety sprzedające przepyszne kokosowe ciasteczka po 1 dr za sztukę.

Póˇniej udaliśmy się do kawiarenki internetowej. I w tym miejscu chciałam sprostować informacje, które znaleˇliśmy gdzieś w sieci, że jakoby Internet w Maroku hulał jak dziki. Generalnie jest tani: 8 dr / godzinę (czyli równowartość ośmiu kokosowych ciasteczek), ale połowa polskich stron nie wchodzi. Przez cały pobyt w Maroku, tylko raz udało mi się zalogować na moją skrzynkę, do tego jak już coś działało, to otwierało się nieskończenie długo (taka na przykład nasza-klasa :-) potrafiła się otwierać kilka minut) - a newsy przecież sprawdzić trzeba.

Ok. 21 byliśmy już gotowi do snu. Ja jeszcze prewencyjnie zapodałam sobie przed snem herbatę rumiankową, albowiem wszyscy dookoła tak straszyli odmienną florą bakteryjną, że człowiek czuł się chory już od samego gdybania, co mu się może stać, gdy wypije chociaż łyczek wody z tutejszego kranu.
Generalnie w czasie tej wycieczki bardzo wcześnie chodziliśmy spać, głównie z uwagi na wcześnie zapadający zmrok (ok. 18) oraz niską temperaturę panującą w pokojach hotelowych (przynajmniej w tych klasy 40 dr/noc). W Maroku, jako że leży ono w Afryce, ogrzewania raczej się nie stosuje, z drugiej strony noce w zimie są dość chłodne. Co jeszcze dość interesujące, to to, że okna we wszystkich domach są zakratowane, a w cieplejszych rejonach, np. w Marrakeszu nie ma w nich szyb (ciężkie musi tu być więc życie szklarza…), za to wszędzie są okiennice, co w sumie jakoś szczególnie mnie nie zdziwiło.

31 stycznia 2008 - czwartek
MARRAKESZ - TINEHIR
Rankiem wstaliśmy i pobiegliśmy znaną nam już trasą na dworzec autobusowy. Plac przed dworcem służy jako pewnego rodzaju giełda pracy. Przy swoich narzędziach pracy kucają grupki mężczyzn (murarz przy kielni, malarz przy wiadrze i pędzlach, ktoś inny przy taczkach lub małym wózku) czekając na jakieś zatrudnienie.
Oczywiście na dworcu nie udało się nam nawet dojść do kasy, bo dorwali nas naganiacze. Jako, że byliśmy na styk, a rozkład jazdy napisany był po arabsku, kupiliśmy na gwałt od jednego z nich bilety do Tinehiru za 110 dr/osoba (podobno normalna cena jest 100 dr, także za bardzo nas nie orżnął). Naganiacz przekazał nas innemu, który zaprowadził nas do autobusu, wsadził nasze plecaki do bagażnika, wszedł do środka, przegnał tubylców robiąc nam miejsce i zażyczył sobie za tą usługę po 10 dr/osoba. Z tego, co wiedzieliśmy, to za wrzucenie plecaków do bagażnika standardowo płaci się po 5 dr, ale machnęliśmy ręką, bo w 5 minut, to byśmy tego autobusu w życiu nie znależli, nie mówiąc o tym, że pewnie siedzielibyśmy rozrzuceni po całym autobusie.

O 10 wyruszyliśmy przez Quarzazate (200km) to Tinehiru.
Przez cały pobyt w Maroku jedziemy publiczną komunikacją, mimo że wszyscy internauci polecali droższe o 30% autobusy prywatnej firmy CTM. Może ma to rację bytu w lecie, zimą brak klimatyzacji w autobusie nam nie przeszkadzał, a i jak sądzę autobusy nie były tak zapchane jak w wakacje, gdy całe rzesze turystów skuszonych ofertą tanich linii lotniczych walą drzwiami i oknami do Maroka. Abstrahuję od tego, że życie przeciętnego Berbera bardziej pozna się w środkach transportu, z których i oni korzystają.

Po dwóch godzinach jazdy, zatrzymaliśmy się na przerwę obiadową. Wjechaliśmy już w przepiękne górki, gdzie co jakiś czas pojawiała się jakaś gliniana osada. Czas na przerwę był najwyższy, bo z uwagi na poranny pośpiech, Jacek nie zdążył załatwić potrzeby fizjologicznej, a do tego mieliśmy tylko 1 butelkę wody, a na tym byśmy w Afryce daleko nie dojechali, bo my nie wielbłądy.
Przerwa trwała 1 godzinę i była, jak sądzę, głównym ˇródłem dochodu mieszkańców osady, w której się zatrzymaliśmy. W każdych drzwiach mobilny sklepik oferujący wodę mineralną, chipsy oraz półtusze wieprzowe wygrzewające się w południowym słońcu.

W Quarzazate wysiadła trójka Francuzów, która jechała z nami autobusem. Po chwili, gdy już odjeżdżaliśmy patrzymy, a oni biegiem, w otoczeniu 4 naganiaczy, zmierzają w stronę naszego autobusu. Jeden z naganiaczy otwarł bagażnik, wrzucił ich plecaki i żąda kasy, asekurowany przez resztę, a autobus zaczyna ruszać, oni w panice, nie wiedzą, czy płacić naganiaczom, czy gonić autobus (w zasadzie mogli się podzielić, ale jakoś tacy mało skoordynowani byli). No ułatwili sobie żabojady życie! Tak, tak, podróżowanie po Maroku nie dla każdego jest proste.
W Quarzazate zagadał Marcina pewnie Berber, gaworzyli ciągiem aż do Boulmen Dades. Ja miałam poważne wątpliwości, czy aby Marokańczyk nie zażyczy sobie kasy za dwugodzinne zabawianie turysty, ale tym razem miło się zaskoczyłam.

O 18 dojechaliśmy do Tinehir, tutaj jak to w Maroku, autobus przywitała chmara mężczyzn zaczepiających nas bez przerwy. Jeden z nich, gdy Jacek zmagał się z wyciąganiem plecaków z bagażnika, z poświęceniem asekurował jego głowę, żeby się nie uderzył, wyglądało jakby chciał za to po 5 dr od plecaka, ale uciekliśmy.
Zaczęliśmy spacerować po miasteczku w poszukiwaniu noclegu. O ile jak człowiek idzie bez plecaka, to jeszcze jako tako da się przemykać będąc niezauważonym, o tyle jak biały o zmroku idzie z dużym plecakiem, to na każde 100 metrów, które przejdzie zaczepi go 10 gości, którzy chcą mu pokazać jakiś rewelacyjny hotel, restaurację ewentualnie zawieˇć w dowolne wskazane miejsce. Goście nawijają we wszystkich językach świata (z polskich słów znają przeważnie: "dobre", "spoko" i "zajebiście") i mają nieprawdopodobną zdolność do rozpoznawania narodowości turysty, w zasadzie w 8 przypadkach na 10 zgadywali, że jesteśmy Polakami.
W każdym razie jakoś udało się nam nie skorzystać z pomocy żadnego z naganiaczy i bez problemów znaleˇliśmy hotel w cenie 100 dr za 4 osoby. Niestety trochę się tutaj nacięliśmy, okazało się, że reklamowany prysznic ma ciepłą wodę tylko około 5 sekund po jej odkręceniu. Junkers podpięty do butli gazowej wyglądał jakby lada chwila miał wybuchnąć, a sufit w naszym apartamencie trochę się łuszczył, także, co jakiś czas odnajdywaliśmy w naszych kubkach fragmenty marokańskiej farby. Do tego w pokoju było bardzo zimno.

Po rozlokowaniu się udaliśmy się na miasto celem zjedzenia jakiegoś posiłku, trafiliśmy na reklamowaną w jednym z opisów znalezionych w necie: Central Cafe. Zostaliśmy zaproszeni na taras i w zupełnie europejski sposób (np. podano serwetki, a nie kawałki gazet) zaserwowano nam taginy oraz omlety. Jedyną odbiegająca od standardów europejskich rzeczą, była znajdująca się na tarasie toaleta za niezbyt szczelnie zamykającymi się drzwiami. Uroku dodawało także to, że kran z wodą to spłukiwania znajdował się na naszym tarasie, także goście sobie wędrowali z wiaderkami, podczas gdy my spożywaliśmy faktycznie najlepszy i największy w całym Maroku posiłek.

Słów kilka o toaletach w Maroku. Są to przeważnie obiekty w stylu "na narciarza" (choć dość często zdarzały się też europejskie) i co najbardziej ciekawe nie mają one spłuczki, tylko gdzieś, przeważnie w zasięgu ręki, znajduje się kranik i wiaderko, do którego nalewa się wody do spłukiwania. Wielką tajemnicą dla mnie pozostaje, dlaczego nie montują oni tych kraników zaraz nad toaletą, przez co wiaderko byłoby zbędne, ale zapewne ma to jakiś ukryty cel.

Gdy pojedzeni, a nawet przejedzeni, wychodziliśmy z restauracji, właściciel restauracji zaproponował nam darmową herbatką miętową. Herbatka była faktycznie darmowa (z powodu "hospitality"), co nieczęsto się w Maroku zdarza. Gość nie zachęcał nas po jej wypiciu ani do zamówienia czegoś jeszcze, ani do wyprawy na wielbłądach, ani nawet do kupna jakiegoś małego kilimka. Na koniec dał nam księgę pamiątkową, w której jak setki innych turystów, zostawiliśmy pamiątkowy wpis. Taka księga to dopiero ewenement na skalę afrykańską! Gdy popijając herbatkę szukaliśmy jakiś polskich wpisów dosiadł się do nas Berber i zaczął wyrzucać z siebie wyuczone polskie wyrażenia, nazwy miast, itp. Jako, że był to pierwszy człowiek, który zagadywał nas "po polsku" wzbudził w nas pewne zainteresowanie, póˇniej już nauczyliśmy się, że obcych zwrotów uczą się przeważnie naganiacze i jak tylko słyszeliśmy z daleka "dobrze", to czym prędzej braliśmy nogi za pas. Jednak, gdy Berber wyjął kartę i powiedział, że opowie nam (bardzo łamaną angielszczyzną) o zwierzątkach na pustyni, czym prędzej zwinęliśmy żagle i wróciliśmy do naszego apartamentu z odpadającym sufitem.

1 lutego 2008 - piątek
WˇWÓZ TODRA
Wstajemy rankiem z zamiarem dojechania taksówką do wąwozu Todra i powrotem na nocleg do Tinehiru.
Zgodnie z założeniami udaliśmy się na postój taxi. Gdy tylko zostaliśmy wypatrzeni na horyzoncie jak spod ziemi pojawił się człowiek, który zaproponował nam taxi do Todry za 50 dr/osoba (buaahahaha, my wiedzieliśmy, że cena jest ok. 6 dr od osoby). To Marcin mu na to 30 dr za wszystkich, no to gość, że zwariował, no to Marcin, że może i zwariował, ale za więcej nie pojedzie. W końcu gość odpuścił i wskazał nam po prostu postój taxi. Jak się okazało tak właśnie funkcjonują naganiacze. Łapie taki jelenia i wmawia mu różne rzeczy i jak jeleń się nie orientuje, to daje się nabrać.
Jak się okazało normalna cena za dojazd do Todry to 7 dr/osoba, ale jako że nie chciało się nam czekać na zapełnienie taksówki, zapłaciliśmy 42 dr za cały pojazd i już po 1 h byliśmy w wąwozie. Tutaj zostaliśmy powitani okrzykiem: "zajebiście!". Okazało się, że to kolejny Berber chce nas na coś namówić. Tym razem miała to być wycieczka w góry, gdzie oczywiście sami byśmy się na pewno pogubili. Naturalnie gościa olaliśmy, co skwitował stwierdzeniem, że jeszcze w życiu nie dostał nawet dirhama od Polaka :-).
Weszliśmy w najwęższy odcinek wąwozu, gdzie prawie nigdy nie dochodzi słońce. Trochę zlekceważyliśmy ostrzeżenia z przewodnika, żeby się porządnie ubrać. Zimno było niesamowicie i przeraˇliwie wiało, ale wąwóz niesamowity, najbardziej spektakularne kilkuset metrowe ściany ciągną się na długości ok. 1 km.
Zrobiliśmy sobie malutki spacerek w górę wąwozu drogą asfaltową, którą można podobno przejechać do wąwozu Dades. Po czym zawróciliśmy i udaliśmy się dobrze widoczną ścieżką w góry nad wąwozem. Szło się super, pogoda optymalna, słoneczko praży, wiaterek chłodzi, no cud miód. Co jakiś czas mijaliśmy schodzące z góry nomadzkie kobiety przeważnie w towarzystwie konia i osiołka, czasem w większej grupiez dziećmi. Początkowo dawaliśmy się złapać na zrobienie im zdjęcia, za które życzyły sobie kasę, potem tylko rozdawaliśmy gumy, które się szybko skończyły. Ja mam lekko ambiwalentne odczucia, gdy robię zdjęcia ludziom, którzy tego nie chcą, a pozują tylko dla kasy, tak więc po pewnym czasie zrezygnowałam z fotografowania.
Po jakiejś 1,5 h dotarliśmy na przełączkę, gdzie Jacek stwierdził, że trzeba by się zdrzemnąć i za chwilę wszyscy poza mną pochrapywali z Atlasem w tle. Ja zaś podziwiałam widoczki i w pewnym momencie zauważyłam pojawiające się chmury, coraz ciemniejsze, dalej już padało. Nieˇle nas to zdziwiło, bo deszczów w Afryce nie przewidywaliśmy. Tym niemniej nie zważając na pogodę ruszyliśmy jeszcze na jakąś sąsiednią górkę, gdzie faktycznie już lekko pokropywało.
Ok. 17 byliśmy już na dole, przy początku wąwozu i zaczęliśmy schodzić w stronę Tinehiru, wzbudzając trochę sensacji wśród ludności tubylczej, tym bardziej, że trochę zaczęło się ściemniać. Lecz nie dane było się nam porządnie zestresować, bo zatrzymała się nam pierwsza taksówka, na którą machnęliśmy. Siedziało w niej dwóch gości + kierowca, więc na pierwszy rzut oka wyglądało, że w 4 tam nie wejdziemy, a tu jak najbardziej.

W Maroku bardzo popularne są tzn. grand taxi, są to przeważnie mercedesy, w których komplet jest wtedy, gdy siedzi w nich kierowca + 6 pasażerów. Z przodu dwóch (trochę im się krzywią przy tym kręgosłupy) i czterech z tyłu. Cena za przejazd taką taksówką nie jest wygórowana, można oczywiście jechać w mniejszą ilość osób, ale zapłacić trzeba za wszystkie 6.

Po przybyciu do Tinehiru udaliśmy się do jednego z licznych sklepów po jakieś puszeczki. Sklepik lux, pełna samoobsługa, która polegała na tym, że wpuszczono nas za kontuar, a Jacek wspiął się na drabinę (i to nie taką malarską, ale taką fest, drewnianą) i wygrzebał z którejś z wyższych półek jakieś rybki.
Wieczorkiem Jacek i Marcin zapodali sobie kolejnego tażina, a myśmy z Kasią ograniczyły się do lepiej przyswajalnych przez nasze żołądki potraw. Nocleg spędziliśmy ponownie w pokoju z odpadającym sufitem (jak się dobrze kubek z kawą podstawiło, to zabielacz był gratis).